Hochtor, Alpy Ennstalskie, Austria – opis szlaku

Share Button

Hochtor to najwyższy szczyt Alp Ennstalskich położony na terenie Parku Narodowego Gesäuse w austriackiej Styrii. W tej części Alp jeszcze nie byliśmy, a że prognozy były obiecujące, postanowiliśmy ten fakt wykorzystać.

W góry Ennstaler docieramy około godziny 6:30. W miejscowości Hieflau kierujemy się na zachód, wjeżdżając w zjawiskowy wąwóz. Jest to bardzo ostro wcięty kanion, na dnie którego łagodnie płynie rzeka, ciasno dzieląca teren z drogą i linią kolejową. Droga co chwilę prowadzi skalnymi tunelami, a linia kolejowa przypomina sceny z wizjonerskiego filmu Sci Fi. Tunele, półki skalne, po których prowadzą tory. Dno doliny jest bardzo wąskie, a ściany po obu stronach pionowe i wysokie.

Różnica wysokości między szczytem Hochtor a parkingiem w Hieflau,  to aż 1887 metrów.

W dolinie jest ciemno i wilgotno. Przez takie ukształtowanie terenu słońce zagląda tutaj tylko zaocznie. Podążamy drogą wzdłuż kanionu ze szczękami na podłodze, zaglądamy na pole namiotowe w miejscowości Gstatterboden – malutki, bardzo zatłoczony camping, nie jesteśmy zachwyceni. Jednak jest to jedyne pole znajdujące się w otoczeniu najwyższych szczytów pasma Ennstaler. Jest to także punkt pośredni dla amatorów raftingu. W tej miejscowości jest także informacja turystyczna, jednak uwaga tego miejsca ukierunkowana jest raczej na sporty wodne.

Pogoda nas nie nastraja, postanawiamy objechać masyw Hochtora (Hochtor Gruppe), by dostać się do miejscowości Johnsbach po drugiej stronie pasma. Kilka kilometrów za wioską znajdujemy parking i mimo bardzo smutnej aury wyruszamy w stronę naszego celu.

Jest godz. 7:15. Mijamy bardzo liczne w tej okolicy pastwiska z krowami, fantastyczne płoty i drewniane bramy z informacjami by nie podrywać mlecznych panienek i trzymać się od nich z dala. Niektóre bramy otwieramy i zamykamy za sobą. Mleczne panienki, widać na wydaniu, interesują się gośćmi, a i zagadują – sympatyczne towarzystwo umila nam wędrówkę.

W tak pięknych okolicznościach przyrody docieramy do rozwidlenia szlaków. W lewo ferratowa droga Schneelochweg na wierzchołek Hochtora, w prawo szlak do schroniska Heshutte. Ślisko jest już tu w lesie, nadciągają złowrogie, czarne chmury, chwilami mży, więc bez zastanowienia skręcamy w prawo. Zapewne szlak jest bardzo widokowy, możemy to ocenić po ukształtowaniu terenu. Chwilami droga podchodzi zakosami zboczem szczytu znajdującego się naprzeciwko Hochtora, schodzi do przełączek, prowadzi przez liczne łąki, ale niestety mgła wszystko zasnuwa.

Na wypłaszczeniu terenu sugerującego zbliżanie się do przełęczy, trafiają się wreszcie szczeliny we mgle i przejaśnienia, teraz jesteśmy już widzimy na własne oczy, jak ta trasa jest widokowa. Mijamy źródełko i docieramy do schroniska, do którego nie wchodzimy. Przycupujemy tylko na skraju tarasu celem ogarnięcia garderoby.

Z budynku wychodzi gospodarz. Zagaduje. Łukasz przedstawia mu nasz pierwotny plan. Gospodarz stanowczo rozwiewa nasze rozterki. Mówi, że pogoda jest teraz brzydka, ale jest stabilna. Zanim wejdziemy w ścianę, powinno być już sucho i jak wyjdziemy natychmiast, to zrobimy szczyt. Pan wręcz wygania nas ze schroniska na górę. Lol! Jesteśmy zaskoczeni tak prawdziwie szczerym, a nie biznesowym podejściem do turystów. Rachu, ciachu i po trzech minutach brutto napieramy już w kierunku ściany. Po drodze rzucamy tylko okiem na kozice, świstaki, i inne cudaki, sesja zdjęciowa nie tym razem. Facet wzbudził w nas zaufanie i bezkrytycznie stosujemy się do jego zaleceń.

Wychodzimy z kosówek, dalszą drogę “umilają” osypujące się piargi i migiem wchodzimy w pierwszy uskok. No i jak w szwajcarskim zegarku, dosłownie przy pierwszym elemencie wspinaczkowym, pojawia się słońce i robi się sucho. Z takim zastrzykiem optymizmu udajemy, że nie widzimy burz dookoła i nie odczuwamy podmuchów wiatru. Idzie się dość przyjemnie ferratą o nazwie Josefinensteig, pierwotnie zakosami pionowymi, tylko na zakrętach dość szybko zdobywamy wysokość. Następnie dość długi trawers w kierunku północnym, by żebrem osiągnąć grań.

Żebro pierońsko zagmatwane, 3 kroki na lewo, 3 kroki na prawo, 2 wpierwiot i 3 nazad. Więc droga zaczyna nam się dłużyć.
Ekspozycji nie ma wielkiej, ferrata nieźle ubezpieczona i kondycyjnie wymagająca, ale to subiektywna opinia, ponieważ całą noc spędziliśmy w aucie. Więc bardzo zmęczeni byliśmy już wchodząc na szlak.

Na grań docieramy już naprawdę wykończeni. Z grani powinniśmy już zobaczyć wierzchołek, jednak jest spowity chmurami. Pogoda bardzo smętna, jednak co jakiś czas wychodzi ostre słońce, które mocno osusza skałę. We mgle podążamy granią, która robi się już bardzo trudna, po chwili konsternacji wracamy do początku grani – nasz błąd. Nie zauważyliśmy we mgle, iż szlak przechodzi na drugą stronę grani, by dalej trawersować grzbiet po południowej stronie.

Trawers się obniża i systemem półek oraz rynien doprowadza pod kopułę szczytową, gdzie dalej już niezbyt stromym terenem prowadzi na wierzchołek. Na szczycie wita nas pogoda. Normalnie tak, jakby wchodziła na tę górę od drugiej strony i spotkaliśmy się na szczycie. Pełne słońce, chmury gdzieś tam dalej, lansują się tylko do zdjęć i mówią nam: spoko, spoko, ale idźcie sobie już stąd. Spędzamy tylko kilka chwil i postanawiamy zejść najkrótszą możliwą drogą, najszybszy wariant to droga Schneelochweg.

Na szczycie Łukasz zagaduje do pary turystów, pytając o charakter owej drogi, bowiem tą właśnie oni weszli. Opowiadają, że jest ciężko i w dodatku nie ma kompletnie żadnych metalowych ułatwień. Krótka analiza, powrót tą samą drogą, którą wchodziliśmy, jest zbyt długi.

Schodzimy więc szlakiem bez ubezpieczeń. Słońce pali niemiłosiernie, droga wiedzie płytami niewygodnymi, lecz łagodnymi i bez ekspozycji. Dalej robi się bardziej stromo, stąpamy po osuwających się piargach, znów płyty i jak mówili tamci – zero ubezpieczeń. Akceptowalne na wejście, karkołomne na zejście.

Jedno przejście z niezłą ekspozycją, dalej bardzo ciekawe przejście przez skalną szczelinę, w której utknął głaz (należy przejść po tym głazie) – fajne. Zdjęcia niestety kompletnie nie oddają tej ekstremy, wyglądają dokładnie jak fotki szkód górniczych w stropie starej kamienicy.

Dochodzimy do wielkiego kotła, dalej trzeba wspiąć się na grzbiet moreny, kolejna rewelacja, wejście na kilkumetrowy głaz, wspomagając się tylko jego pęknięciem. Za moreną schodzimy w kolejny kociołek stromym zboczem, dalej już normalną ścieżką docieramy do rozwidlenia, na którym już byliśmy.

Od szczytu do rozwidlenia jest aż 1200 m różnicy wysokości na bardzo krótkim dystansie. Dalej schodzimy tą samą drogą.

Jesteśmy totalnie zrypani, ale jeszcze będąc pod wpływem adrenaliny, różne bóle są mało odczuwalne. Następnego dnia to dopiero będzie drama 🙂

 

Zdrowie w przedsięwzięciu alpejskich wyrypów wspiera Viridian – etyczne suplementy

 

_________________________________________________________________________________
Spodobał się artykuł? Uważasz, że inni powinni go przeczytać? Będzie mi miło, jeśli go udostępnisz lub skomentujesz,
dołączysz do mojego fanpage na Facebooku
dołączysz do obserwatorów na
Instagramie

22 myśli na temat “Hochtor, Alpy Ennstalskie, Austria – opis szlaku

  1. Podziwiam! Ja bym chyba nie weszła nawet tą trasą z zabezpieczeniami. Trzeba naprawdę kochać góry, żeby zdecydować się na taką wędrówkę 🙂 Byliście czymś przypięci do tej metalowej linki czy tak “na żywca” wspinaliście się po tej ściance?

Dodaj komentarz