Góry Ciucaş (Ciucas, Rumunia Centralna) – malowane wyobraźnią 4-latka

Share Button

Jesteśmy w trakcie 3-tygodniowego tripu po górach Transylwanii. Góry Ciucaş nie były w zasięgu naszych planów. Och, ile byśmy stracili, gdybyśmy ich nie odwiedzili…

Obecnie kończymy eksplorację gór Bucegi (to opowieść na osobny wpis). Po zejściu z gór postanowiliśmy odpocząć w komfortowych warunkach, wykonać pranie, skorzystać z dobrodziejstw techniki takich jak lodówka, Internet czy łóżko. W tych obszarach jak zwykle nawaliliśmy, miał być odpoczynek, ogarnięcie się, zwiedzanie i dalej – podróż w kolejne pasmo górskie, ale wyszło jak zawsze. Po pierwszej próbie cywilizowanego zwiedzania zamków, muzeów, parków, co wiązało się z balonikami, dzięgami, tłumami, dudkami, wypchanymi zwierzętami, powykrzywianymi lustrami i tłumami… Dość. Trzeba się ewakuować.

Pogoda nie wyglądała zachęcająco w tym rejonie, jednak o dwa pasma górskie w stronę Morza Czarnego prognozy były obiecujące. Szybko zapadła decyzja, by wyskoczyć w góry Ciucaş i wrócić na kwaterę odpoczynkową.

Wstępny plan był taki, by pojechać do miejscowości Cheia, skąd przejdziemy główny grzbiet gór Ciucaş. Jeszcze przed tą miejscowością znajduje się przełęcz Bratocea (1263 m n.p.m.), na której jest możliwość  zaparkowania. Google maps wytycza drogę na 3 h, w związku z tym planujemy wyjechać w nocy po to, żeby dotrzeć na godzinę 5:00.

To tyle w kwestii odpoczynku, odpoczniemy po drodze.

Startujemy z miejscowości Sinaia, gdzie mamy wynajęte mieszkanie. Jedziemy w stronę Braşova. Mimo iż jedziemy nocą, to ruch jest spory, pojawiają się korki, a miejscowi jeżdżą cały czas na światłach drogowych. Od Braşova jest jeszcze gorzej, jest sznurek tirów, na wąskiej, krętej drodze czasami któryś da znak lub zjedzie na pobocze, żeby przepuścić. Jednak to wiele nie zmienia, bo przed nami kolejne tiry. W tej kolejce docieramy do przełęczy Bratocea. I tutaj potężny zawód. Jesteśmy wysoko w górach, liczyliśmy na parking i turystyczne wyjście, a tu pobocze obklejone tirami. Przez chwilę szukamy miejsca, by pozostawić auto, jednak po kilku chwilach rezygnujemy  i postanawiamy zjechać do miejscowości Cheia, z której będziemy mogli podjechać pod obecnie zamkniętą cabanę Muntele Rosu. Zjazd to koszmar, serpentyny powykręcane jak jelita, na każdym zakręcie blokuje się tir i trzeba czekać na umożliwienie przejazdu. W ten sposób dojeżdżamy do mostu i wlotu doliny Berii. Tu jest duży parking, kilka zaparkowanych aut i wreszcie czujemy się jak w górach, a nie na parkingu dla tirów.

Podjeżdżamy troszeczkę wyżej i znajdujemy wygodne miejsce na pozostawienie auta. Na wlocie doliny jest informacja o możliwym transporcie do schroniska cabana Ciucaş. Rozpoczynamy trasę szeroką, szutrową drogą i już po godzinie docieramy do połączenia szlaków naszego (niebieskiego) i żółtego z cabany Rosu. Dalej możemy iść żółtym szlakiem w stronę cabany Ciucaş lub łagodniejszym niebieskim, na który ostatecznie się decydujemy.

Pojawiają się pierwsze promyki słońca, jednak ciemne chmury złowrogo przysłaniają cały wschód. Będzie padać czy nie będzie? Po kolejnej godzinie docieramy do cabany Ciucaş. Jest cicho i pusto, dwa rozbite namioty, przy których śpi sobie piesek. Nieco powyżej schroniska spotykamy pasterza, prowadzącego krowy, najprawdopodobniej do wodopoju. Dalej spotykamy trzy osły. Rozpoczyna się już trasa widokowa. Widoki nas rzucają na podłogę.

Kiedy byłam dzieckiem, lubiłam czytać takie „książki drogi” dla najmłodszych. Każdy z bohaterów przebywał drogę, spotykając różnych towarzyszy, miał różne przygody i zadania do wykonania. Obrazki z tamtych książek stanęły przede mną jak żywe, a to „Czarnoksiężnik z krainy Oz”, „Tomcio Paluch”, „Bracia Lwie Serce” lub „Opowieści z Narnii”… To teraz widząc ten cały krajobraz przed sobą czułam się jak bohaterka z tych bajek. Pejzaż górski wyglądał dokładnie jak z rysunku wykonanego przez 4-latka. Niesamowite formacje skalne wyglądały jak bajkowe stwory zaklęte w kamienie. Stuknij obcasami trzy razy, a one zamienią się w krasnoludy czy tym podobne stwory.

Powyżej widzimy hordę psów i pasterza ze stadem owiec. Dzikie psy, których się obawialiśmy, okazały się niebywale zajęte obwąchiwaniem psów pasterskich, co jakiś czas w tok ich dyskusji musiał wtrącać się pasterz. Tym razem dość spokojnie mijamy miejscowych agresorów i podążamy  w stronę Tiglaile 1844 m n.p.m. Widoki wbijają nas w ziemię. Formacje skalne wyglądają tak, jak gdyby wymurowane były przez ekscentrycznego artystę.

Wchodzimy w wąwóz, który zmienia się w żleb i stromym szlakiem docieramy na łagodniejszy grzbiet. Co kilkanaście metrów krajobraz tak się zmienia, że trzeba robić kolejne zdjęcia. Widoki są surrealistyczne tak, że nie potrafimy do niczego ich przyrównać, no, może do moich wyobrażeń z dzieciństwa. Ok. 9:00 docieramy na najwyższy szczyt pasma Ciucaş o nazwie Vf. Ciucaş, nie spotykając ani jednego turysty. Niebywałe, że tak piękny rejon nie jest odwiedzany. Postanawiamy ze szczytu pójść w kierunku przełęczy Bratocea – grzbiet wygląda okazale. Szlak prowadzi bardzo stromą ścieżką do przełęczy Tiglailor. Z tej przełęczy możemy z powrotem dotrzeć do schroniska Ciucaş.

Na mapie wygląda to całkiem fajnie – taki trawers pod zboczami Vf. Ciucaş. W realiach jest trochę inaczej, droga wymaga sporej kondycji, prowadzi pod ścianami góry, trawersując zbocza kilkukrotnie prowadząc po kilkadziesiąt metrów (w pionie) do góry i w dół, by finalnie osiągnąć ten sam punkt wysokości, jednak w grzbiecie już prowadzącym w stronę cabany Ciucaş.

Zmęczeni docieramy do tego grzbietu spotykając trzy osiołki, robiąc sobie z nimi sesję fotograficzną. Dalej dochodzimy do cabany Ciucaş. Po drodze atakują nas dwa psy pasterskie, które na szczęście dość szybko odpuszczają.

Jest godzina 11:00, w schronisku już leniwie rozpoczyna się dzień. Siadamy na kawę i piwo Ciucaş obserwując otoczenie. Po kilku chwilach rozkoszowaniem się przyrodą, ciszą i aromatyczną kawą, dochodzą nas dźwięki samochodu, który podjeżdża pod schronisko. Z auta wychodzi kierowca, otwiera drzwi i bagażnik, następnie z maszyny wylewa się siódemka dorosłych plus dwójka dzieci i jeszcze te maski… Czar prysł. Z bagażnika wyciągają torby jak na plażę. Czujemy się zdegustowani, że pierwsze oznaki korona paranoi zobaczyliśmy w tak pięknych górach. Ekipa pseudoturystów (posługująca się językiem węgierskim) i tak kończy wędrówkę tego dnia tam, gdzie rozpoczęła. My po konsumpcji rozpoczynamy zejście żółtym szlakiem. Szlak prowadzi pierwotnie przeuroczą łąką, a dalej bardzo stromo lasem. Nachylenie jest takie, że trzeba się chwytać drzew lub korzeni, jeśli są. Końcówka jest dosłownie pionowa, prowadzi do pomnika prof. Nicolae. Stąd dalej schodzimy niebieskim szlakiem, tym, którym wchodziliśmy.

Do miejscowości Sinaia, oddalonej o 78 km, wracamy aż 3 godziny w korku, którego powodu zupełnie nie rozumieliśmy. Po drodze zahaczamy tylko o 2 punkty terapeutyczne: aptekę i monopolowy. I planujemy odpocząć. Mimo długiej, zakorkowanej drogi jesteśmy szczęśliwi, ze nie zmarnowaliśmy tego czasu na głupoty. Góry Ciucaş przebiły wszystko, co do tej pory widzieliśmy w Rumunii.

Informacje o paśmie Ciucaş

Góry Ciucaş to masyw górski, należący do tzw. „Karpat Zakrętu”, ze względu na położenie w rejonie wygięcia łuku karpackiego. Krajobraz jest mocno zróżnicowany, połoninny,  wzbogacony niesamowitymi formacjami skalnymi oraz niezwykle bogatą i interesującą roślinnością. Nas urzekły zbocza pokryte przywrotnikiem.

Głównym budulcem tego pasma są twarde zlepieńce, spajające różnorodny materiał skalny. Skały wapienne występują tu także. Właśnie dzięki takiej budowie geologicznej, możemy podziwiać niesamowite formacje skalne, mocno pobudzające wyobraźnię. I co najbardziej zaskakujące, w pełni sezonu oprócz pasterzy i nas nie spotkaliśmy tu żadnych ludzi.
_____________
Spodobał się artykuł? Uważasz, że inni powinni go przeczytać? Będzie mi miło, jeśli go udostępnisz lub skomentujesz,
dołączysz do mojego fanpage na Facebooku
dołączysz do obserwatorów na
Instagramie

6 myśli na temat “Góry Ciucaş (Ciucas, Rumunia Centralna) – malowane wyobraźnią 4-latka

  1. Szczerze zazdroszę tych wszystkich podróży. Ja nie mam na nie ani czasu budżetu niestety. Dobrze, że chociaż mogę sobie w sieci na takich blogach jak ten poczytać o podróżach 😉

Dodaj komentarz