Breithorn 4165 m n.p.m. – najłatwiejszy czterotysięcznik – Alpy Pennińskie

Share Button

Masyw Breithornu to grupa trzech 4-tysięcznych, alpejskich szczytów, położonych na granicy szwajcarsko – włoskiej. W jego skład wchodzą:

Breithorn Cenralny 4160 m n.p.m.
Breithorn Wschodni 4141 m n.p.m.
Breithorn Zachodni 4165 m n.p.m.

Ten najwyższy ze szczytów uchodzi za najłatwiejszy 4-tysięcznik – z kilku powodów. Przede wszystkim zlokalizowany jest dość blisko schroniska, co jest istotne w przypadku przeprowadzenia ewentualnych szybkich akcji ratowniczych z użyciem helikoptera. Bogata infrastruktura, logistyka i zaplecze ludzkie: kolejka linowa znajduje się zarówno po stronie włoskiej, jak i szwajcarskiej. I na koniec sam masyw ma dość łagodne stoki i nie przysparza większych trudności technicznych.

Na Breithorn można podejść od strony szwajcarskiej lub włoskiej.

Od Szwajcarii, z Zermatt, można wjechać kolejką na Klein Matternhorn 3883 m n.p.m., a następnie zejść do przełęczy na 3795 m n.p.m. i dalej przez rozległe plateau podejść pod grzbiet. Tu czeka na wędrowców „tylko” jedna, ale spora szczelina, trawersowanie dość stromego stoku i kawałek śnieżnej grani – na tyle szerokiej – że da się z niewielkim stresem wymijać ze schodzącymi zdobywcami.

Od strony włoskiej kursuje kolejka z Cervini na wysokość 3479 m n.p.m. Tuż obok stacji kolejki jest schronisko oferujące nocleg i wyżywienie, bez problemu nawet wegetariańskie! Stąd można stokiem narciarskim podejść do przełęczy na 3795 m n.p.m. i dalej tą samą drogą jak z Klein Matternhorn wejść na szczyt.

Dlaczego Breithorn?

Podczas tegorocznych wakacji odwiedziliśmy Alpy Pennińskie z planem zdobycia kilku szczytów Monte Rosy, trekingów w dolinie Aosty oraz, jeśli starczy czasu, wybrania się w pobliskie Alpy Graickie (starczyło :)).

Celem zdobycia aklimatyzacji i nakarmienia duszy widokami na strzelisty Matternhorn, wybraliśmy się na Breithorn, górę, która nawet nie była w planach naszych wojaży. Kilka dni przed wyjazdem zobaczyłam w Internecie wciskające w fotel zdjęcia z wierzchołka, które przemawiały do wyobraźni, więc na miejscu jeszcze raz zweryfikowaliśmy plany, wybierając tę górę jako cel aklimatyzacyjny. Polecam!

Wybraliśmy opcję wejścia na szczyt od strony włoskiej, ponieważ zakotwiczyliśmy się w dolinie Aosty, czyli po południowej włoskiej stronie masywu. Wyruszyliśmy z miejscowości Cervinia. Jest to mały kurorcik u podnóży szczytu Cervinia (Matternhorn). Już sama dolina Marmore (odnoga doliny Aosty) kończąca się miasteczkiem Cervinia jest wybitnie malownicza i bogata w atrakcje.

Jadąc w kierunku Aosty, odbijamy w lewo w miejscowości Chatillion, potem w prawo i pniemy się wąską, serpentyniastą drogą, powoli slalomując między miejscowymi zawalidrogami, podziwiając coraz ciekawsze górskie widoki i malownicze wioski. Przed samą Cervinią jest bardzo widowiskowe jeziorko, tuż przy drodze.

Parkingi 

W samej Cervini jest ciężko bezpłatnie zaparkować – jest to problematyczne zwłaszcza w przypadku pozostawienia auta na 2 lub więcej dni. W samym centrum jest płatny parking, często są znaki ograniczające czas parkowania lub można parkować tylko w godzinach 6-22. Są też takie, gdzie jest zakaz parkowania w godzinach 4 – 6 rano.  

Warto zwrócić uwagę na linie wyznaczające miejsca parkingowe. Białe to darmowy, niebieskie to płatny. Jest też darmowy parking powyżej Cervini pod stacją kolejki, jest duży, ale bardzo zatłoczony.

Kilkaset metrów przed wjechaniem do centrum miejscowości, na ostatnim rondzie skręciliśmy w lewo i dojechaliśmy do ogromnego, darmowego parkingu obok wioski. Dużo miejsca, trochę aut z przyczepami kempingowymi, boisko. No, takie miejsce ewidentnie dla nas 🙂

Dzisiaj zaplanowaliśmy wyjść na przełęcz Colle del Teudolo, do schroniska Rifugio del Teudolo na wysokości 3317 m n.p.m.

Colle del Teudolo

Startujemy drogą w kierunku Plan Torrente 2470 m n.p.m.  Wpierw szeroką drogą wzdłuż wyciągu narciarskiego, dalej, już nieco znużeni, zbaczamy malowniczą ścieżką w kierunku Plan Maison. Czasami pod kolejką, czasami po prostu łąką. Konsekwentnie do góry. Jest wybitnie pięknie, gdyby nie te wszystkie wyciągi, kolejki, gondolki, zabudowy – to byłoby niebiańsko.

Dochodzimy do Plan Maison jeszcze innym szlakiem, o którym istnieniu nawet nie wiedzieliśmy. Po krótkim odpoczynku, mimo iż kolejka działała, to wręcz w odosobnieniu wybieramy drogę na azymut. Łąki są łagodne, czasem kamieniste, ale jest błogo. Plecaki nie ciążą, bo planujemy nocleg w schronisku, pogoda idealna i jeszcze zapas czasu.

Docieramy do jezior Lago di Trarnal, nie ma tu kompletnie nikogo. Dalej łąkami przecieramy szlak, stąpając już po bardziej surowym terenie, gdzie kamienie zaczęły się obsuwać, więc grzecznie wbijamy na drogę znakowaną.

Osiągamy wysokość 3044 m n.p.m. – stacja kolejnego wyciągu i schronisko. Chociaż chyba to tylko knajpa bez możliwości noclegu. Stąd już w zadyszce i coraz wolniej człapiąc docieramy do schroniska Rifugio del Teudolo 3317 m n.p.m. Jak dawno nie byliśmy na takiej wysokości… W sumie w czerwcu w Wysokich Taurach, ale nieco niżej i organizm już zapomniał. W schronisku kawa i posiłek. Jeszcze spacer na pobliski wierzchołek w kierunku zachodnim, na którym właśnie wylądował helikopter. Pogoda zaczyna marnieć, jednak jest ciepło.

Schronisko Teodulo jest miejscem godnym polecenia.Obsługa przyjazna i pomocna, znająca język angielski (co we Włoszech wcale nie jest normą), pyszne (także wegetariańskie!) jedzenie, wygodne łóżka, cudowne widoki na otaczające góry.

Wejście na Breithorn

Następnego dnia startujemy dość późno. Noc bez snu, żołądek też stroi chimery. Schodzimy do przełęczy i lodowca, udając się w kierunku Plateau Rosa. Mgła gęstnieje, ślady idą w różne strony, ciężko ogarnąć kierunek. Schronisko na Testa Grigia mieliśmy minąć idąc poniżej, ale jakoś we mgle w końcu do niego docieramy.

Dalej, wzdłuż wyciągów narciarskich, jest kilka oczojebnych kierunkowskazów na Breithorn, tak, upraszczają one życie. Dalej we mgle docieramy pod Klein Matternhorn, gdzie doganiają nas turyści, którzy wjechali kolejką.

Chwilę później na plateau za przełączą Klein Matternhorn mgła odpuszcza i ukazują się nam oczekiwane widoki. Myśleliśmy, że jesteśmy jeszcze w przysłowiowym lesie a tu… cel na wyciągnięcie ręki. Przy naszym samopoczuciu zdopingowało nas to niesamowicie. Podchodzimy pod kopułę szczytową – jakieś 3900 m n.p.m. Śnieżne ślady odbijają dość łagodnie w lewo, a część stromo w prawo (do tego jeszcze wrócę). Idziemy w lewo, pierwsze mijanki, niezbyt przyjemnie, droga jest oblodzona, wąska, ale jest to do zaakceptowania. Docieramy do szczeliny. No, jest stromo, trzeba użyć rąk, ale wszystko jest całkowicie zmrożone, więc jakoś się idzie. Kolejne upierdliwe mijanki, ale czujemy, że szczyt coraz bliżej. Końcówka to śnieżna grań i w końcu bez większego stresu  osiągamy szczyt. Widoki ze szczytu – sami zobaczcie:

Ta góra mimo dużej ilości pielgrzymów jest wyjątkowa, zdecydowanie warta odwiedzenia.  

Zejście z Breithorn

Planujemy zejście. Weszliśmy stroną zachodnią, a w stronę wschodnią idzie dalej grań w stronę Breithon Centrale. Konkluzja jest taka że ślady, które wcześniej widzieliśmy, te, które odbijały w prawo, to właśnie ta droga.

Bez zbędnej słowiańskiej zadumy udajemy się dalej granią. No, tu już nie jest tak „sielankowo”. Kilka chwil później na grani spotykamy napierającą grupę z przewodnikiem, z którą nie potrafimy się wyminąć. Jest zbyt wąsko, a i wiatr zaczął przemawiać. Zawracamy z powrotem na wierzchołek. Przewodnik poucza nas, że tą drogą się wchodzi, nie jest dobra na zejście ale nie widział nikogo, kto by jeszcze szedł i tak ostro jest tylko niedługi odcinek.

Dobra, drugie podejście, tym razem udaje nam się zejść do przełęczy między Breithorn Centralny  i Breithorn Zachodni. Podziwiamy stąd piękną, strzelistą i wręcz złowrogą kopułę tego szczytu. Nie wiemy wtedy jeszcze, że za zaledwie 2 tygodnie wrócimy tutaj po ten szczyt i w dodatku z nietuzinkowym doborowym towarzystwem i nawet będzie jeszcze raz Breinthorn Zachodni, ale to opowieść na inny wpis.

Z przełęczy nie znajdujemy zejścia w dół, jest zbyt stromo i nie ma żadnych śladów. Cofamy się kilkadziesiąt metrów, gdzie grań była rozłożysta, nieoczywista i znajdujemy kilka śladów – pewnie przewodnika, o którym wspomniałam. Kurcze, na szczycie tylu ludzi, a tu ciekawszy szczyt i nie ma nikogo?

Ślady prowadziły do występu skalnego i się urwały. Na skałach odpoczynek i batonik, oo widać stąd plateau. Schodzimy w kierunku paskudnej szczeliny, ale na szczęście są ślady, które urywają się na tej szczelinie. Nie mamy sprzętu, żeby zjechać na linie kilka metrów, więc idziemy wzdłuż szczeliny docierając do miejsca, gdzie da się ją przeskoczyć. Dalej dochodzimy do miejsca, gdzie jeszcze kilka godzin wcześniej zastanawialiśmy się, gdzie te ślady prowadzą… Tu już nasze mięśnie są jak kokolino, wyluzowani i zadowoleni schodzimy do Colle del Teudolo i po krótkim (przynajmniej tak to pamiętam) odpoczynku schodzimy do Cervini w nocy.

Podsumowując:

Breithorn Zachodni drogą klasyczną przy dobrych warunkach i z dobrą aklimatyzacją jest łatwo osiągalny. Pozostałe wierzchołki Breithornu to już inna bajka.

Jest możliwość wejścia na szczyt  w 1 dzień ze strony Szwajcarii z Klein Mattternhorn i ze strony Włoch z Testa Grigia. Warto jednak mimo skorzystania z kolejki wziąć nocleg w schronisku i wejść na szczyt następnego dnia wychodząc bardzo wcześnie rano. Trzeba pamiętać, że po godzinie 12-tej lody topnieją, a szczeliny są trudniejsze do sforsowania, czasami nie jest to możliwe. Ponadto wejście na szczyt ze skorzystaniem z kolejki nie da takiej satysfakcji jak od podnóża, a i nie będzie tylu widoków ani przygód.

_______________________________________________________________________
Spodobał się artykuł? Uważasz, że inni powinni go przeczytać? Będzie mi miło, jeśli go udostępnisz lub skomentujesz,
dołączysz do mojego fanpage na Facebooku
dołączysz do obserwatorów na
Instagramie

Prawa autorskie: zdjęcia zamieszczone w artykule są moją własnością. Wyjątek stanowi kolaż przy notatce o schronisku Rifugio del Teudolo – fotografie są własnością tripadvisor.com.

16 myśli na temat “Breithorn 4165 m n.p.m. – najłatwiejszy czterotysięcznik – Alpy Pennińskie

  1. Zobaczyc Matterhorn to było zawsze moje marzenie.Kiedyś przez siedem lat dzieliłam życie między Polskę i Szwajcarię.Byłam na wszystkich możliwych dostępnych dla ruchu passach, ale na motocyklu.No i udało mi się zobaczyc moją ukochaną górę z Zermatt.
    Kocham góry, jednak znam swoją kondycję i mam lęk wysokości.Nie dałabym rady zwyczajnie wejśc na taki szczyt, jak Ty.
    To nie jest taka sobie wycieczka, a starannie przygotowana wyprawa.Nawet niewielka góra może byc niebezpieczna.
    Trzy razy weszłam na Górę Kościuszki, największy szczyt Australii, ale to była wycieczka.Nie byłam w zimie, tam znana jest szeroko historia młodych ludzi,którzy zginęli w czasie zamieci,a wejście jest bardzo łatwe.
    Jestem pełna podziwu i chylę czoła. Zawsze imponowali mi ludzie,którzy się wspinają.Bo kochają góry.
    Pięknie to wszystko opisałaś i z przyjemnością się czytało.Duzo przydartnych rad dla tych,którzy będą chcieli wejśc na Breithorn.
    Trzymam kciuki za kolejne udane wyprawy.
    Pozdrawiam-)

    1. Ireno, a ja dziękuję za wspaniały komentarz. Każdy ma swoje ograniczenia fizyczne, psychiczne lub finansowe. Ty byłaś 3 razy na Górze Kościuszki, a ja czuję, że nigdy tam nie dotrę. Ważne, że kochamy góry. I tak – żadna góra nie jest “łatwa”, w ostatecznym rozrachunku to do niej należy ostatnie słowo. Pozdrawiam serdecznie.

      1. Też myślałam,że tam nie dotrę.
        Samochodem do Charlotte Pass i kilkanaście km w górę, widoki bajkowe.
        Życzę Ci,abyś tam kiedyś dotarła, kto wie-).Australia to nie taki koniec świata.
        Życie pisze różne scenariusze,jak w moim przypadku.
        Jeszcze raz pozdrawiam!

  2. Niesamowita przygoda, podziwiam odwagę i umiejętności by się na taką wyprawę wybrać. Takie wyprawy są kompletnie nie dla mnie, ale może kolejką bym się zdecydowała.

  3. Wchodzenie w zupełnie inny świat, jednocześnie niezwykłe uczucie patrzenia z innej perspektywy, liczy się piękno natury, indywidualne wyzwanie i swoiste porozumienie z górą. Jeśli tylko jest możliwość, trzeba decydować się na takie wyczyny, przygoda, która porządkuje myśli i na zawsze pozostanie w pamięci.

  4. Gratuluję wspaniałej pasji, kondycji i wytrwałości, bo takie przygody nie są dla każdego. Piękne góry, a Twoja relacja stanowi swietny przewodnik dla pasjonatów zdobywania szczytów,
    pozdrawiam

  5. Wow, mega podziwiam! Mi zdecydowanie bliższe morze j góry, ale bardzo imponują mi ludzie, którzy zdobywają wysokie szczyty. To wymaga nie tylko dobrej kondycji fizycznej, ale też silnego charakteru i samozaparcia. Widoki przepiękne! Pozdrowienia!

  6. To musi być niesamowite uczucie. Kocham gory ale raczej wybieramy nasze Polskie szczyty. Chcemy zaszczepić miłość do chodzenia po górach w naszym 6 latku. Ta możliwość patrzenia z innej perspektywy i piękno natury to musi być coś. Piękne zdjęcia, fantastycznie opisana przygoda. Z pewnością wspomnienia z tamtąd na zawsze pozostaną w Twojej pamięci. Przepiękne widoki.

  7. Staram się unikać określania gór “najłatwiejszymi”, bo każda góra, przy nieodpowiednim przygotowaniu czy niesprzyjających warunkach może okazać się tą najtrudniejszą.

    1. Dokładnie! Zgadzam się w 100%. Jednak biorąc pod uwagę alpejskie 4-tysięczniki, biorąc pod uwagę wiele parametrów, jest ona najłatwiejsza. Nie ma “łatwych” gór.

Dodaj komentarz