Weekend w Beskidzie Śląskim – moc gór i przyrody, wiosenne kiełki bukwi i herbata w Grabowej Chacie

Share Button

I znów na szlaku. Pod względem logistycznym Beskid Śląski jest dla mnie idealnym miejscem na spontaniczne wypady. Tylko godzina jazdy autem dzieli mnie od mojego miejsca zamieszkania do Przełęczy Salmopolskiej. Tylko godzina i już mogę cieszyć się górskim światem.

Ostatniego weekendu pojechaliśmy całkowicie „na pałę”, do plecaka spakowaliśmy tylko wodę, jabłka i słodkości. Na spotkanie z górami gnaliśmy jak romantyczni kochankowie w objęcia szczęścia. Góry obejmują mnie ciepło jak ukochana istota, czuję się tam jak członek rodziny. Radość rozpiera mnie wielka i aż chce mi się śpiewać:

 

Cudownie jest:
Powietrze jest!
Dwie ręce mam,
Dwie nogi mam!

W chlebaku chleb,
Do chleba ser,
Do picia deszcz.

Nadchodzi noc
I zimno z nią.
Mam ręce dwie,
Obejmę się.

Ukryję się,
Utulę się
We własną sierść.

Edward Stachura, Piosenka dla zapowietrzonego

Tym razem, po dłuższej abstynencji górskiej, doznania były bardziej wyraziste niż zwykle. Cudowna, słoneczna pogoda, ciepły wiatr, budząca się do życia przyroda, śpiew ptaków, miękka droga, wspaniały towarzysz, ciekawe rozmowy, mili turyści, wygodne buty. To niby takie drobiazgi, ale za wszystko byłam wdzięczna.

Szlak zaczynający się z Przełęczy Salmopolskiej w kierunku Brennej bardzo się zmienił na przestrzeni zaledwie kilku lat. Jest ciekawszy, doinwestowany. Na Starym Groniu natrafiamy na nowiutką, drewnianą wieżę widokową. Widoczność jest świetna, rozpoznajemy znane nam pasma górskie, naszym oczom ukazuje się ośnieżona Lysa Hora.

Zupełnie się nie spiesząc dreptamy dalej, zaciekawieni coraz to nowszymi obiektami. Co jakiś czas natrafiamy na drewniane krzyże umiejscowione na drzewach, kapliczki z Maryją i cytaty biblijne. Szlak jest bardzo zadbany, czysty, dróżki malownicze, otoczone gdzieniegdzie kamiennymi murkami. Całość nadaje kontemplacyjny charakter.

Nie mamy żadnych planów, nic nas nie goni, po prostu sobie idziemy.

 

 

Postanawiamy zajrzeć do Grabowej Chaty. Jest to gospoda umiejscowiona w samym środku gór. Z Przełęczy Salmopolskiej dojdziemy tam spacerkiem w pół godziny, z Brennej Leśnicy w ok. 40 minut, a z centrum Brennej przez Horzelicę w 2 godziny.

Grabową Chatę odwiedzamy regularnie od 13-tu lat. Przynajmniej od 2004 roku obserwujemy etapy życia chaty. Do 2014 roku rządziła tu pani Bogusia, która świetnie wpasowała się w klimat chaty. Logiem „starej” Grabowej Chaty była czarownica na miotle. Opiekunka chaty w pozytywnym sensie kojarzyła mi się z taką czarownicą. Tym bardziej, że towarzyszył jej czarny kot. W „starej” Grabowej zawsze leciały stare przeboje z kasety magnetofonowej. Miało to swój klimat, wszystko było na swoim miejscu. „Zbiyrej graty i przyjeżdżej do Grabowej Chaty” – to zaproszenie było mottem „starej” Grabowej. Przychodziłam tam na placucha, który był jadłospisowym hitem chaty. W końcu dni placucha zostały policzone i nagle nie można go już było kupić. A co smutniejsze, wiosną 2014 roku rozmawialiśmy z panią Bogusią ostatni raz. Chata miała zostać wyburzona. Nie potrafiłam sobie wyobrazić tego regionu bez Grabowej Chaty.

Obecnie Grabowa Chata tętni nowym życiem. Rok temu można już było podziwiać chatę w odmienionym charakterze. Nowi właściciele za unijne środki całkowicie odbudowali obiekt. Teraz logiem jest drzewo – grab. Gospoda ma teraz zupełnie inny charakter. Może nie taki luzacki, co kiedyś, ale na pewno profesjonalny. Chata i otoczenie wokół lśnią czystością. Zadbany jest każdy szczególik. W menu nadal nie ma placucha, ale jest coś innego, co mnie bardzo ujęło.

Kulinarnym hitem „nowej” Grabowej są beskidzkie szpyrki z pieca z wyrzoskami – placki ziemniaczane z mięsem. Ale co mnie tak ujęło? Otóż w Grabowej Chacie dostaniecie placki nie tylko w wersji wegetariańskiej (z oscypkiem, ze śmietaną), ale także w wersji wegańskiej lub bezglutenowej. Tak indywidualne podejście do klienta jest na wagę złota! Mało tego, herbata, którą zamówiłam, została mi podana bardzo wytwornie. Nie dostałam pękniętego kubka w klimacie PRL z zamoczoną herbacianą tytką. Herbata została mi podana w pięknym czajniczku z sitkiem z prawdziwą fusiarą z dodatkiem płatków nagietka i chabra bławatka, a do tego dostałam klepsydrę odmierzającą czas zaparzania. Za herbatę zapłaciłam tylko 6 złotych.

Jeszcze warto wspomnieć o bajkowym otoczeniu wokół chaty: bajkowe figurki, mostek, oczko wodne, zadbany ogródek, placyk zabaw. Tak jak wcześniej powiedziałam: zupełnie inna bajka.

To się rozpisałam o tej chacie… a jeszcze chciałam tyle powiedzieć.

 

To może podzielę się jeszcze bardzo fajnym zdrowotnym odkryciem. No, może odkrycie to niewłaściwe określenie, bo znam to od lat, ale do rzeczy. Wędrując szlakiem można zauważyć takie trójgraniaste, brązowe orzeszki, których pełno na ziemi, a nawet w ziemi, bo już wypuszczały kiełki. Żywią się tym zwierzęta, a nawet ludzie (turyści :)). Co prawda trochę się trzeba namęczyć, by się dostać do części jadalnej, ale warto. Orzeszek jest pyszny i soczysty, przypomina obrane ziarno świeżego słonecznika, tylko jest większe i smaczniejsze. A kiełki – samo zdrowie! Pędźcie w góry, ino gibko, bo za chwilę nie będzie tych kiełków.

Bukiew (Fagus sylvatica) – tak się nazywa ten orzeszek, będący owocem buka. Bardzo często spotykana roślina w górach (w Sudetach, w Beskidach czy w Bieszczadach). Zawiera dużo tłuszczy, białka, a także węglowodanów i skrobi, soli mineralnych, żelaza, magnezu, wapnia. Bukiew ma działanie moczopędne, wykrztuśne, i sterylizujące – przeciwgrzybiczne i przeciwbakteryjne. Dobrze działa na układ trawienny. Z drugiej strony zawiera trujący alkaloid zwany faginą o działaniu halucynogennym. Nie jest wskazane spożywanie dużych ilości surowej bukwi. Na szczęście obróbka termiczna np. prażenie pozbawia bukwi narkotycznych właściwości.

Podczas wędrówki warto sięgnąć po bukiew w ramach zdrowotnej przekąski, bogatej w wartości odżywcze.

A skoro o jedzeniu mowa, zarówno w Szczyrku, jak i w Wiśle kupicie świeże, regionalne oscypki. My właściwie przez cały wyjazd jedliśmy jabłka z oscypkami, zdumiewająco dobre połączenie 🙂

Jeszcze krótkie podsumowanie na koniec: Góry są miejscem kontemplacji, relaksacji, ciszy i spokoju. Pralnią brudów mentalnych. Ucieczką i odskocznią. Góry wychowują. Chcesz wyrzucić opakowanie po batoniku lub plastikową butelkę? Nie będziesz w stanie tego zrobić. Góry leczą duszę człowieka i jest tam wszystko, co kocham. I zawsze będę tam wracać.

______________________________________________________________________________________________
Spodobał się artykuł? Uważasz, że inni powinni go przeczytać? Będzie mi miło, jeśli go udostępnisz lub skomentujesz,
dołączysz do mojego fanpage na Facebooku
dołączysz do obserwatorów na Instagramie

15 myśli na temat “Weekend w Beskidzie Śląskim – moc gór i przyrody, wiosenne kiełki bukwi i herbata w Grabowej Chacie

  1. Nigdy nie byłam w Beskidzie Śląskim, ale czytając Twoją relację zapragnęłam nagle znaleźć się na szlaku, odwiedzić Twoją ukochaną gospodę i zajadać się bukowymi kiełkami. Urzekła mnie ta klepsydra do odmierzania czasu parzenie herbaty – prawdziwa magia! Już wiem, gdzie się wybiorę, jeśli kiedyś pojedziemy w tamte strony. 🙂 Masz też rację, że natura leczy duszę i dodaje nam sił…

    1. Marto, sprawiłaś mi wielką radość swoim komentarzem. W górach tak właśnie jest, nie wyobrażam sobie życia bez nich. Pozdrawiam serdecznie 🙂

  2. Zdecydowanie tak. Góry wychowują, edukują, leczą umysł i duszę, budują w nas pokorę. W dodatku przyciągają jak magnes… Kto raz skosztuje całodziennych wypraw, nie będzie potrafił z nich zrezygnować. Piękny wpis.

  3. Przez Beskid Śląski przejeżdżałem wiele razy i… tylko przejeżdżałem. Nigdy nie było okazji, by zapuścić się tam na poważnie. Muszę to w końcu nadrobić!

Dodaj komentarz